E-Book, Polish, 235 Seiten
Bialkowski Lekkie objawy zycia
1. Auflage 2022
ISBN: 978-87-28-29152-8
Verlag: SAGA Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
E-Book, Polish, 235 Seiten
ISBN: 978-87-28-29152-8
Verlag: SAGA Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Tomasz Bia?kowski (ur. 1969-) - polski pisarz. Debiutowa? w 2002 roku zbiorem opowiada? 'Leze'. Rok pó?niej ukaza?a si? sztuka 'Drzewo'. W 2005 roku wyda? minipowie?? 'D?u?yzny', której fragmenty opublikowano w antologii prozy polskiej presti?owego niemieckiego kwartalnika 'die horen'. Kolejna powie?? 'Pogrzeby' znalaz?a si? w finale literackiej nagrody Warmii i Mazur 'Wawrzyn'. W 2008 roku Bia?kowski opublikowa? dwie powie?ci: 'Mistrzostwo ?wiata' oraz 'Zmarzlina'. Bia?kowski wielokrotnie publikowa? w prasie krajowej, jego proz? prezentowano te? w kilku antologiach. Jest cz?onkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Autoren/Hrsg.
Weitere Infos & Material
Noc
Beniamin obudzil sie w chwili, kiedy za oknem przetaczaly sie owiniete ocynkowana bednarka drewniane kola ciezkiej fury. Natychmiast usiadl na metalowej krawedzi lózka, poczul ból, bo ostra rama wpila mu sie w mizerne posladki. Dlonie zacisnal na bialawych udach. W nastepnej chwili jego stopy przylgnely do podlogi. Byl srodek nocy. Niewielkie swiatlo saczylo sie z lampy naftowej ustawionej na drewnianej szafce przy barlogu. Plomien drgal, kurczyl sie, rósl, przygarbiony czlowiek rzucal na naga sciane karlowaty cien. Za oknem tuleje furmanki trzeszczaly jednostajnie, przypominaly mysi pisk. Wóz ciagnal zabiedzony stepak. Skrzypienie kól mieszalo sie z taplaniem w blocie konskich kopyt. Zwierze i kierujacy wozem czlowiek przebijali sie przez ciemnosci. Musieli byc bardzo blisko. Za oknem, na bardzo krótka chwile, pojawil sie alabastrowej barwy ksiezyc. Odslonil zlachane zgliszcza miasta. Stary furman obijal zad wycienczonej szkapy ostrym, niczym napieta cieciwa, batem. Cicho klal i zlorzeczyl, najwyrazniej bardzo sie spieszyl. Potem ksiezyc zakryly ciezkie plachty czarnych chmur. Halas ucichl.
Lezaca w lózku kobieta o imieniu Elmira cicho pochrapywala. Miala przymkniete powieki, a w jej szeroko otwarte usta wpadalo migotliwe swiatlo lampy. W pewnej chwili przekrecila sie na lewy bok. Zalegla cisza, w której slychac bylo jedynie trzeszczenie sprezyn materaca. Uniosla ciezka noge, a wtedy szara halka wykonczona koronkami powedrowala do bioder. Kilka godzin wczesniej nakazala mu sie rozbierac do naga i kleknac przed soba. Wtedy zadarl jej halke i wolno pocieral dlonmi wewnetrzna strone bialych ud, potem goraca pochwe. Elmira rozlozyla szeroko nogi. Nie chcial patrzec na jej stare cialo. Siegnal po lezaca na drewnianej szafce prezerwatywe. Pobudzil sie dlonia. Zalozyl prezerwatywe na sztywnego czlonka. Potem wstal z podlogi i szybko polozyl sie na podnieconej kobiecie. Wila sie pod nim, wbila paznokcie w pracujace niczym prosty mechanizm posladki.
Kiedy zaczal wykonywac ruchy frykcyjne, dostrzegl za oknem trzech wyrostków. Krecili sie przed zarosnieta chwastami metalowa bramka prowadzaca na posesje dwukondygnacyjnego pawilonu. Zlodzieje, jeden za drugim, przecisneli sie przez metalowe prety. Ostatni zostal na czatach. Spod bejsbolowej czapki, która byla dla niego zbyt duza, rzucal nerwowe spojrzenia na boki. Beniamin skupil wzrok na trzech wlamywaczach, nie przestajac kopulowac. Najmniejszy, moze osmiolatek w ortalionowym dresie i porwanych trzewikach, wybil kamieniem szybe w oknie przedsionka. To wystarczylo, by jeden za drugim wslizgneli sie przez niewielki otwór do wnetrza domu.
Elmira zaczela szczytowac. Z trudem zrywal z siebie jej przedramie. Toczyl z nia zapasniczy bój, nie przestajac pracowac. Z czasem ich walka oslabla, kobieta powoli sie uspokoila. Jakby uznala, ze jest nasycona. Jej oddech zaczal sie wyrównywac. Beniamin nie mial wytrysku. Wyjal z pochwy blyskawicznie tracacego sztywnosc penisa. Potem sciagnal i wyrzucil w kierunku metalowego wiadra prezerwatywe. Bolaly go podrapane posladki i plecy. Narzad byl napuchniety i przekrwiony. Zataczajac sie ruszyl w kat izby, aby go umyc w misce z woda. Lodowata ciecz pokrywala popielatej barwy zawiesina. Mimo tego zdecydowal sie zanurzyc w niej dlonie, oplukac twarz i reszte ciala. W nozdrzach czul zapach lateksu i skórnego loju, który nie chcial sie ulotnic. Elmira szybko zasnela. W oczekiwaniu na umówiona wczesniej zaplate, polozyl sie w jej nogach. On równiez szybko zasnal.
Teraz Beniamin wstal z barlogu i ruszyl do drewnianego stolu. Na upstrzonym resztkami splesnialego chleba blacie lezaly w nieladzie spodnie i koszula. Kiedy po nie siegal, mimowolnie skierowal wzrok na drzwi prowadzace do drugiego pomieszczenia. Zawahal sie. Odlozyl koszule i ponownie spojrzal w twarz spiacej. Zacisnela miesiste usta, w ich kacikach pojawila sie lepka zawiesina sliny. Miala grube rysy, pomarszczona szyje, a na glowie geste, blyszczace dlugie wlosy kasztanowego koloru. Peruka przesunela sie do góry, odslaniajac czaszke. Beniamin podszedl do drewnianego skrzydla, którego cien pokrywal ciemnym rombem deski podlogi. Pchnal drzwi bardzo delikatnie. Mimo tego przez pomieszczenie, wypelnione mieszanka potu, tytoniowego dymu, plesni i slodkiej zgnilizny, przetoczyl sie skrzypiacy, wysoki dzwiek. Obejrzal sie lekliwie, wstrzymal oddech. Elmira spala dalej. Cien z podlogi powedrowal na jej twarz. Z mroku wystawal tylko nos. Swiatlo lampy weszlo waskim klinem do izby, oswietlilo kredens. Ruszyl w jego kierunku. Powoli dotarl do drewnianego mebla ustawionego na scianie pod oknem. Czul pulsowanie skroni. Klucz do szuflady wymacal na górze. Widzial, jak Elmira go tam chowala wieczorem.
Najdelikatniej, jak tylko umial, wysunal szuflade. Wymacal palcami kartonowe pudelko. Pochwycil je i zacisnal w dloni. Mial to! Udalo mu sie! Potem wycofal sie do pomieszczenia, w którym spala kobieta. Pudelko schowal do kieszeni spodni. Ubral sie blyskawicznie i boso ruszyl do drzwi. Kiedy siegal po stojace w progu buty, uslyszal jej charkotliwy smiech. Nie spala.
Zdretwial na ulamek sekundy. Poczul lek, który natychmiast wyparla wscieklosc. Z zacisnietymi piesciami ruszyl do kobiety. Uniósl reke do ciosu. Patrzyl z nienawiscia w rozbawione oczy. Caly drzal. Wycedzil przez zacisniete zeby:
- Gdzie to schowalas? – Szybko wsadzil druga dlon do spodni, wygrzebal pudelko. Opuscil rece. Spoconymi palcami, niezdarnie grzebal we wnetrzu pojemnika. Patrzyl w napieciu na niewielki przedmiot, we wnetrzu którego powinny byc cenne przedmioty. Pudelko jednak bylo puste. Jego gniew wzmógl sie przez to jeszcze bardziej. Zlodziej poczul sie oszukany. – Mów! Bo zatluke! – Krzyknal.
Kobieta nie przestawala rechotac. Bez namyslu rzucil sie na barlóg, przygniótl Elmire kolanami, dlonie zacisnal na jej szyi. Zawyl przy tym, niczym dzikie zwierze. Kobieta pod nim zaczela sie bronic. Wierzgala nogami, próbowala zrzucic go z siebie. Objela go na wysokosci klatki piersiowej, dociskala do piersi. Zaczal tracic oddech. Na koniec uderzyla go szerokim, twardym czolem w nos i zepchnela na podloge. Zaczela go kopac po calym ciele. Zwinal sie niczym w embrion, glowe schowal w ramionach. Krew zalewala mu oczy i usta. Dziura w szyi palila, jakby mial wcisniety do jej wnetrza rozgrzany pogrzebacz.
Wtedy stalo sie cos, czego nie spodziewalo sie zadne z nich. Za oknem pojawila sie smuga bialo-niebieskiego ognia. W nastepnej sekundzie smuga stala sie drgajaca sciana zaru, która uniosla pod sufit nabrzmiala firane, a potem naparla na drewniana okiennice i wepchnela ja do srodka. Ogniste plomienie rozerwaly z hukiem szklo, rozdzielily je na setki ostrych kawalków, rozsypaly po pokoju. Czesc z nich spadla na Beniamina, tnac koszule i skóre pleców na drobne troki. Goraca szklana masa wzarla sie we wlosy, spalila je, tworzac natychmiast w czaszce rozlegle,...




