E-Book, Polish, 182 Seiten
Fredro Trzy po trzy
1. Auflage 2017
ISBN: 978-83-8136-102-6
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Pamietniki z epoki napoleonskiej
E-Book, Polish, 182 Seiten
ISBN: 978-83-8136-102-6
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Pamietnik Fredry, w którym poeta opisuje swoje zycie w typowym dla niego jezyku pelnym zartów i ciekawych anegdot. Fredro spisal wspomnienia m.in. z okresu swojego dziecinstwa, sluzby wojskowej oraz niewoli rosyjskiej.
Autoren/Hrsg.
Weitere Infos & Material
Osiemnastego lutego, r. 1814, jechal na bialym koniu czlowiek sredniego wieku, nieco otyly, w sieraczkowym surducie pod szyje zapietym, w kapeluszu stosowanym bez zadnego znaku prócz malej trójkolorowej kokardy. Za nim, w niejakiej odleglosci, drugi, znacznie mlodszy, takze w surducie, ale ciemnozielonym, takze w kapeluszu bez znaków, takze zgarbiony równie jak pierwszy, a moze i lepiej – siedzial na dereszowatym koniu. Kon bialy, krwi orientalnej, byl niewielki, niepokazny, ale dzielny. Deresz zas byl... dereszowaty, trudno co o nim wiecej powiedziec; nie wstrzymywany ani slawa przodków, ani swoim wlasnym usposobieniem, potykal sie czesto na drodze, która mu los codziennie wyznaczal. Pierwszym z tych jezdzców byl Napoleon, drugim bylem ja. Miedzy nami liczny sztab cesarski, gdzie ja niby na szarym koncu miejsce moje mialem, rozpuscil szeroko skrzydla na prawo i na lewo po sniegiem okrytym polu. Za nami postepowaly sluzbowe szwadrony gwardii, a na samym koncu swiergotliwa i niesforna czereda ciurów z powodnymi i jucznymi konmi sztabowych oficerów. Jechal wiec Cesarz, jechali wszyscy, jechalem i ja. A ile w noc pogodna gwiazd na niebie, w tyle miejsc, stron, przedmiotów, nieodgadnionych labiryntów pedzily rozstrzelone mysli nasze – a kazda z nich znowu, jak racy slup ognisty, skladala sie z milionów iskier, iskier wspomnienia lub nadziei. Te padaly to na tronowe kobierce, to na murawe zagrody rodzinnej – mieszaly sie z jarzacym swiatlem uczty albo z mdlym promykiem nocnego kaganca przy lozu chorego. Niejedna przemknela sie po rózanych ustach kochanki, niejedna spuscila sie jak sen lekki po tak drogie w kazdej porze zycia blogoslawienstwo matki. Byly takie, co przebijaly niebios sklepienia, i takie, co wnikaly w zasute juz groby. Wiele, wiele pielo sie po szczeblach zaszczytów, bogactw, slawy, ale tez i wiele spadalo na kwiaty cichego domowego szczescia. Slowem, przeszlosc, obecnosc, przyszlosc, swiat, swiaty znane i nieznane byly polem igrzysk naszych rozstrzelonych mysli, gdy nagle, w mgnieniu oka, wszystkie jedna sila uderzone, w jeden zbiegly sie punkt. Tym punktem byl huk mocny i powtórzony w niezbyt dalekiej przed nami odleglosci. – Armaty! tak armaty, nie ma watpienia, rycza coraz lepiej jak na wyscigi, która glosniej... wkrótce i ogien karabinowy, jakby kto groch sypal na beben, zapelnil przerwy grzmotu dzialowego. – Aha! – rzekl niejeden i zagladnal do manierki, alias flaszki. – Aha – powiedzial, ale nic nie wiedzial, kto atakuje, kto odpiera, czy to korpus jaki, czy tez armia cala taniec rozpoczyna, szary koniec nic nie wiedzial. – Bija sie... daj Boze szczescie, to quotidianka nasza, ale dlaczego tu – nie tam, dzis – nie jutro, nad tym nikt sie nie zastanowil. Podówczas krytyczny rozbiór kazdego rozkazu, kazdej czynnosci przelozonego nie byl koniecznym zadaniem podkomendnych. Wojsko nie sejmowalo, ale sie bilo. Starszy zdawal sprawe tylko swojemu starszemu, a mlodszy sluchal z ufnoscia i dzialal, jak mu kazano. Ale tempora mutantur et nos mutamur in illis. Moze i to prawda, ze kto siwieje, ten traci dusze, jakby mu ja kto lupal trzaska po trzasce, tak ze na koniec zupelnie bez niej zostanie... moze prawda, ze rozwaga tylko hamuje, doswiadczenie tylko placze niepotrzebnie... moze prawda, ze krew mlodoscia wrzaca jest jedna i jedyna dzwignia wszystkiego, co dobre i wielkie... moze nareszcie i to prawda, ze tylko glupcy, próchna, stare peruki i szlafmyce pytaja, jaki czego koniec byc moze. – Tak jest, wszystko to moga byc prawdy, ale mnie wolno tym prawdom nie wierzyc. Lubom przeszedl piecdziesiatke, zal mi abdykowac praw czlowieka, juz bym sklonil sie raczej wlosy sobie poczernic. A wiec, jak mówil Kilinski, nikt wkrótce nie watpil, ze bitwa przed nami, a my ku niej idziemy. Rzeczywistosc, jak ów jesienny wietrzyk o wschodzie slonca, co to ozywia, ale i cwiczy razem, odpedzila od nas chmure marzen, która zwykle osiada na jednostajnym ruchu spokojnego marszu. Kazdy wstrzasnal sie jak ze snu i pomyslal o sobie. Ten, co w troje zgarbiony dzwonil ostrogami po spuszczonych strzemionach, i ten, co chcac odpoczac strudzonej czesci ciala, zsunal sie na bok tak, ze jedna noga olstrów siegal, a na drugiej stal prawie, poprawil sie na kulbace, jak gdyby uslyszal komende: Bacznosc! Ten scisnal podpinke czaka lub kapelusza, tamten cugle porzadkowal i szlufke do grzywy przysunal, a kazdy odkryl zaslonieta plaszczem rekojesc palasza, opatrzyl ja, a potem wznióslszy glowe, zdawal sie wietrzyc, nim jeszcze zoczy, co go witac bedzie. Nareszcie pokazal nam sie dym bialy, a wkrótce postrzeglismy czarne linie piechoty. Dlugie, krótkie, naprzód wysuniete, w tyl cofniete, odbijaly sie od snieznego tla jak swiezo wysypane przekopy, tylko wkolo nich objawialo sie zycie nieustannym ruchem drobnych punkcików, jak mrówek kolo mrowiska. Nikt tam pewnie nie drzemal, nikt nawet nie dumal – nigdy zycie razniej i jaskrawiej nie gore jak ze smiercia oko w oko i czestokroc jego mocniejsze lysniecie bywa ostatnim. Na pierwszy rzut oka mozna bylo poznac, ze nie przybywamy na poczatek boju. Wiatr przeciwny czy ciezkie powietrze, czy tez polozenie kraju albo moze i wszystko razem bylo przyczyna, dlaczegosmy tak pózno zaslyszeli huk dzial. Byla to niespodzianka... i dobrze!... We wszystkim trzeba odmiany i nowosci, aby zyc wesolo. Z lewego skrzydla wstepujemy do boju... Vive l’Empereur! Linie sciskaja sie w masy... dziala schodza z pozycji... ruch ku prawemu... potem kolumny rozwijaja sie znowu... baterie staja w oddzialach... strzelamy, atakujemy, zwyciezamy... Montereau w naszym reku. Zwinelismy sie gracko, nie ma co mówic, ale mial sie tez z pyszna pan marszalek Victor za to, ze nas w tym dziele nie uprzedzil. Powiedzial mu Cesarz pare slów, które nalezaloby powtórzyc tak jak wszystko, co wyszlo z ust tego wielkiego czlowieka, bo kazdy je slucha albo czyta chetnie, ale Cesarz, aczkolwiek cesarz, miewal czasami wyrazy dobitne wprawdzie i wlasciwe, i wezlowate, trudne jednak dla historyka do powtórzenia, a tym wiecej do przetlumaczenia. Trzeba wiec ograniczyc sie w podobnym razie na wolnym nasladowaniu, tak tez i ja uczynie mówiac, ze po bitwie pod Montereau Cesarz powiedzial panu marszalkowi: Idz do diabla! – A po tej krótkiej przemowie powierzyl komende korpusu jeneralowi Gérard. Nim sie to wszystko stalo i nim ja sie o tym dowiedzialem, bateria artylerii konnej gwardii z ogrodu palacu Surville, dominujacego miasteczko Montereau, równie jak i drogi, którym wypedzony cofal sie nieprzyjaciel, zegnala go, jak mogla najlepiej. Wie kazdy, ze tam Napoleon sam wymierzyl jedno dzialo, wie, ze powiedzial swoim gwardzistom: „Nie lekajcie sie, jeszcze kula nie ulana, która mnie zabije”, ale nie wie pewnie, ze o kilkadziesiat kroków z tylu stal deresz, a na dereszu ja. Chcac wyrazic doskonalosc jakowej czynnosci, mówia zwykle: Zrobil to lub owo jak król! Ale zle mówia ci, co tak mówic zwykli, bo nie tylko król, ale cesarz i król w jednej osobie wymierzyl, strzelil i... chybil. Kula padla przed linia nieprzyjacielska. Utrzymuja wprawdzie niektórzy, ze dobra dal dyrekcje... byc moze... ale ja, nie rezonujac jako artylerzysta, powiadam simpliciter, com widzial, ze Jego Cesarska Mosc spudlowala na piekne. Po tej scenie nastapila druga. Oficer z pulku liniowego francuskiego, Polak, przyniósl zdobyty sztandar – dostal krzyz i czterdziesci napoleonów. Malo kto w zyciu bywal tak mocno tureckim swietym jak ja, a jednak pieniadze jako czesc nagrody swietnego czynu, nie podobalo mi sie wcale – bylem jeszcze mlody! Miec konia mniej roztargnionego jak mój deresz... miec dobry plaszcz... (O mój plaszczu bialy!) plaszcz przyjaciel w dzien, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszke, snieg za materac sluzy... miec nareszcie flaszeczke zawsze napelniona kroplami pociechy – sa to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, ze bez tych podlych pieniedzy miejsca miec nie moga. Wychodzisz spod dachu, gdzie wygodnie noc przespales... poranek letni... kon twój dobrze nakarmiony i wychedozony strzyze uchem, grzebie noga... siedzisz na nim ledwie tknawszy grzywy i strzemienia... Marsz! Wstepujesz do boju. Przed toba rzeka, za rzeka bateria sypie kartaczami. Za mna, dzieci! W Bogu wiara! Rzeka przeplynieta, dziala zdobyte, zwyciestwo nasze! Czyn swietny, wart nagrody, ale ty rozwinales tylko przy pomyslnej sposobnosci wladze, które jeszcze nietkniete w tobie lezaly. Padly na szale z jednej strony obawa kalectwa lub smierci, z drugiej mestwo rozgorzale calym ogniem krwi, calym zdrowiem zycia, musiala wiec obawa uleciec, nie objawiwszy sie nawet. Ale patrz no na tego, co po kilkomiesiecznej, codziennej walce z glodem, zimnem i wrogiem odtraca reszte skopcialego snopka spod pyska zglodnialej szkapy... wznosi sie na kulbake, pod która scierwa juz nie ma... odwija szczatki plaszcza... chwyta za rekojesc, która deszcz zardzewil, szron posrebrzyl... a jezeli on zadziwi cie swietnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasluzyl. Jezeli zas dobrowolnie poswiecil sie dla dobra ogólnego, ukleknij na jego mogile, godzien czolobitnosci. – Tak widzielismy saperów francuskich wstepujacych w przelamane lody Berezyny....




