E-Book, Polish, 234 Seiten
Kafka Proces
1. Auflage 2014
ISBN: 978-83-7903-017-0
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
E-Book, Polish, 234 Seiten
ISBN: 978-83-7903-017-0
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Józef K. jest prokurentem bankowym. Pewnego dnia w jego mieszkaniu zjawiaj? si? urz?dnicy pa?stwowi. O?wiadczaj? mu, ?e jest aresztowany, mimo i? nie pope?ni? ?adnego przest?pstwa. Na przes?uchaniach K. nieudolnie protestuje przeciwko osaczeniu go przez w?adz? s?dow?. Nie udaje mu si? jednak zmieni? tej sytuacji. Zaczyna wi?c szuka? pomocy u innych: ?ony wo?nego s?dowego, wuja Karola, prawnika Hulda, malarza s?dowego Titorelliego, innego oskar?onego Blocka, w ko?cu u wi?ziennego kapelana. Uzyskane od nich informacje s? jednak niepe?ne i niespójne. ?ycie Józefa K. staje si? pasmem absurdalnych zdarze?. Si?? opowie?ci ' Proces ' jest jej niezwyk?a atmosfera. Nieokre?lono?? winy Józefa K. pozakazuje, ?e ka?dy z nas mo?e by? os?dzony. Autor wyra?nie nawi?zuje do procesów inkwizycyjnych. Jest to te? niew?tpliwie opowie?? o totalitaryzmie. Przy czym instytucj? totalitarn? staje si? s?d, który odbiera bohaterowi prawo do obrony.
Weitere Infos & Material
Rozdzial 1 Aresztowanie – Rozmowa z pania Grubach – Potem panna Bürstner Ktos musial zrobic doniesienie na Józefa K., bo mimo ze nic zlego nie popelnil, zostal pewnego ranka po prostu aresztowany. Kucharka pani Grubach, jego gospodyni, przynoszaca mu sniadanie codziennie okolo ósmej godziny rano, tym razem nie przyszla. To sie dotychczas nigdy nie zdarzylo. K. czekal jeszcze chwile, widzial ze swego lózka stara kobiete z przeciwka, która obserwowala go z niezwykla ciekawoscia, potem jednak glodny i zdziwiony zadzwonil. Natychmiast ktos zapukal i wszedl mezczyzna, którego jeszcze nigdy w tym mieszkaniu nie widzial. Byl wysmukly, a jednak silnie zbudowany, mial na sobie czarne obcisle ubranie podobne do stroju podróznego, zaopatrzone w rózne kieszenie, faldy, guziki i sprzaczki oraz pasek, tak ze wygladalo nadzwyczaj praktycznie, mimo iz nie bylo jasne, do czego by moglo sluzyc. – Kim pan jest? – zapytal K. i natychmiast podniósl sie w lózku. Mezczyzna jednak zbyl to milczeniem, jak gdyby i tak trzeba bylo pogodzic sie z jego obecnoscia, i spytal tylko: – Pan dzwonil? – Niech mi Anna przyniesie sniadanie – powiedzial K. i staral sie tymczasem, milczac i natezajac uwage, dociec, kim wlasciwie jest ów czlowiek. Ale ten nie liczyl sie z jego ciekawoscia, lecz podszedl do drzwi, które na pól uchylil, aby komus, kto widocznie stal tuz za nimi, powiedziec: – On chce, by Anna przyniosla mu sniadanie. W przyleglym pokoju dal sie slyszec chichot, ale sadzac z glosu, trudno bylo poznac, czy to smiala sie jedna osoba, czy wiecej. Choc obcy czlowiek nie dowiedzial sie wlasciwie nic, czego by juz przedtem nie wiedzial, zwrócil sie do K., oznajmiajac: – To jest niemozliwe. – O, to cos nowego – powiedzial K., wyskoczyl z lózka i wdzial szybko spodnie. – Chce jednak zobaczyc, kto tam jest w sasiednim pokoju, a pani Grubach odpowie mi za to zaklócenie spokoju! – Wprawdzie natychmiast uczul, ze nie powinien byl tego glosno mówic i ze przez to uznaje do pewnego stopnia prawo nieznajomego do nadzoru, jednak nie wydawalo mu sie to teraz wazne. W kazdym razie tak to widocznie nieznajomy zrozumial, gdyz powiedzial: – Nie zechcialby pan raczej tu zostac? – Nie chce ani tu zostac, ani z panem rozmawiac, dopóki pan mi sie nie przedstawi. – Nie mialem nic zlego na mysli – rzekl nieznajomy i otworzyl teraz dobrowolnie drzwi. Sasiedni pokój, do którego K. wszedl wolniej, niz chcial, wygladal na pierwszy rzut oka prawie tak samo jak poprzedniego wieczora. Bylo to mieszkanie pani Grubach. Moze w tym przeladowanym meblami, makatami, porcelana i fotografiami pokoju bylo dzis nieco wiecej miejsca niz zazwyczaj, ale nie mozna tego bylo zauwazyc od razu, tym bardziej ze glówna zmiana polegala na obecnosci jakiegos mezczyzny, siedzacego przy otwartym oknie z ksiazka, znad której teraz podniósl glowe. – Powinien pan byl zostac w swoim pokoju! Czy Franciszek panu tego nie powiedzial? – Ale czego pan chce ode mnie, u licha? – rzekl K., wodzac oczami od nowego nieznajomego do tego, którego nazwano Franciszkiem, a który zostal w drzwiach. Przez otwarte okno znowu widac bylo w przeciwleglej kamienicy stara kobiete, która z prawdziwie starcza ciekawoscia podeszla do okna, aby w dalszym ciagu wszystkiemu sie przypatrywac. – Alez chce widziec pania Grubach – powiedzial K., zrobil ruch, jakby sie wyrywal obu ludziom, którzy stali przeciez daleko od niego, i chcial pójsc dalej. – Nie – rzekl czlowiek przy oknie, rzucil ksiazke na stolik i wstal. – Nie wolno panu odejsc, pan jest przeciez aresztowany. – Tak to wyglada – rzekl K. – Ale za co? – spytal po chwili. – Tego panu nie mozemy powiedziec. Prosze pójsc do swego pokoju i czekac. Wdrozono juz dochodzenie i w swoim czasie dowie sie pan o wszystkim. Wychodze juz poza instrukcje, rozmawiajac z panem tak uprzejmie. Ale spodziewam sie, ze tego nie slyszy nikt oprócz Franciszka, a ten jest wbrew wszelkim przepisom az nadto grzeczny wobec pana. Jesli pan dalej bedzie mial tyle szczescia, ile obecnie przy wyznaczaniu strazników, to moze pan byc calkiem spokojny. K. chcial usiasc, lecz zauwazyl, ze w calym pokoju nie bylo miejsca do siedzenia z wyjatkiem krzesla przy oknie. – Pan sie jeszcze sam przekona, jak dalece to wszystko jest prawda – powiedzial Franciszek i zblizyl sie do niego wraz z drugim mezczyzna. Zwlaszcza ten ostatni przewyzszal znacznie K. wzrostem i klepal go raz po raz po ramieniu. Obaj zbadali koszule nocna K. i orzekli, ze teraz bedzie musial wlozyc o wiele gorsza, ale ze oni te koszule, jak i cala jego pozostala bielizne, przechowaja i zwróca, jesli jego sprawa wypadnie pomyslnie. – Lepiej bedzie, jesli pan odda te rzeczy nam anizeli do magazynu – powiedzieli – bo w magazynie zdarzaja sie czesto sprzeniewierzenia i oprócz tego sprzedaje sie tam po jakims czasie wszystkie przedmioty, bez wzgledu na to, czy dochodzenie jest juz ukonczone, czy nie. A jak dlugo trwaja tego rodzaju procesy, zwlaszcza w ostatnich czasach! Dostalby pan co prawda w koncu pewna sume ze sprzedazy, ale suma ta jest po pierwsze niewielka, bo przy wyprzedazy rozstrzyga nie tyle wysokosc ceny wywolawczej, ile wysokosc lapówki, po drugie zas kwota ta, jak doswiadczenie uczy, maleje dalej z roku na rok, przechodzac z reki do reki. K. nie zwracal prawie uwagi na te rady; prawa dysponowania wlasnymi rzeczami, prawa, które moze jeszcze posiadal, nie cenil wysoko, o wiele wazniejsze bylo, aby zdac sobie sprawe ze swego polozenia. W obecnosci jednak tych ludzi nie mógl sie nawet zastanowic, potracany co chwila niemal po przyjacielsku brzuchem jednego ze strazników – mogli to byc chyba tylko straznicy – ale gdy podnosil wzrok, widzial zupelnie z tym grubym cialem nieharmonizujaca sucha koscista twarz z grubym, w bok skrzywionym nosem, twarz, która ponad jego glowa porozumiewala sie spojrzeniem z towarzyszem. Co to byli za ludzie? O czym mówili? Jakiej wladzy podlegali? K. zyl przeciez w panstwie praworzadnym, wszedzie panowal pokój, wszystkie prawa byly przestrzegane. Kto smial go we wlasnym mieszkaniu napadac? Zawsze byl sklonny wszystko lekko traktowac, wierzyc temu, co najgorsze, dopiero kiedy ono nan spadlo, nie zabezpieczac sie na przyszlosc, chocby zewszad grozily niebezpieczenstwa – w tym jednak wypadku nie wydawalo mu sie to wlasciwe. Mozna bylo wprawdzie wziac to wszystko za zart, gruby zart, który mu z niewiadomych powodów, moze z okazji jego dzisiejszej trzydziestej rocznicy urodzin, splatali jego koledzy z banku. To bylo naturalnie mozliwe. I moze wystarczylo tylko rozesmiac sie straznikom w twarz, aby i oni sie rozesmiali, moze to byli tylko poslancy z rogu ulicy – w istocie byli troche do nich podobni – mimo to byl od pierwszej chwili, niemal odkad spostrzegl straznika Franciszka, zdecydowany nie wypuszczac z reki zadnego swego atutu. Z tego, ze pózniej powiedza, iz nie rozumie sie na zartach, niewiele sobie robil. Co prawda, nie bylo w jego zwyczaju wyciagac nauk z doswiadczenia – dobrze sobie przypominal pewne same przez sie nic nieznaczace wypadki, w których inaczej niz jego znajomi, swiadomie i bez najmniejszej troski o mozliwe nastepstwa zachowal sie ostroznie i za to w rezultacie zostal ukarany. To nie powinno bylo sie powtórzyc, przynajmniej tym razem. Jesli to byla komedia, byl zdecydowany wziac w niej udzial. Na razie byl jeszcze wolny. – Przepraszam – rzekl i szybko przeszedl pomiedzy straznikami do swego pokoju. – Wyglada na rozsadnego – uslyszal za soba uwage strazników. W swoim pokoju natychmiast otworzyl gwaltownie szuflady biurka. Wszystko lezalo tam w najwiekszym porzadku, ale wlasnie legitymacji, których szukal, nie mógl w zdenerwowaniu znalezc. W koncu znalazl swoja karte rowerowa i chcial z nia pójsc do strazników, lecz potem wydal mu sie ten papier zbyt blahy i po dalszych poszukiwaniach znalazl wreszcie swoja metryke. Gdy wrócil do sasiedniego pokoju, otworzyly sie wlasnie drzwi naprzeciwko, chciala nimi wejsc pani Grubach. Widzial ja tylko krótka chwile, bo zaledwie poznala K., zmieszala sie widocznie, przeprosila, cofnela sie i nadzwyczaj ostroznie zamknela drzwi za soba. K. zdolal zaledwie jeszcze powiedziec: – Ale prosze wejsc. I oto stal ze swoimi papierami na srodku pokoju, patrzyl jeszcze na drzwi, które sie juz nie otworzyly, i zerwal sie przestraszony dopiero na zawolanie strazników, którzy siedzieli kolo otwartego okna i jak K. teraz zauwazyl, spozywali jego sniadanie. – Dlaczego nie weszla? – spytal. – Nie wolno jej – odpowiedzial wyzszy straznik – jest pan przeciez aresztowany. – Jakze moge byc aresztowany? I do tego w taki sposób? – Znowu pan zaczyna – powiedzial straznik i zanurzyl kromke chleba z maslem w sloiku z miodem. – Na takie pytania nie odpowiadamy. – Bedziecie mi na nie musieli odpowiedziec – powiedzial K. – Oto moje dokumenty,...




