E-Book, Polish, 370 Seiten
Reihe: Polish Classics
Sienkiewicz W pustyni i w puszczy
1. Auflage 2018
ISBN: 978-87-26-09047-5
Verlag: Saga Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
E-Book, Polish, 370 Seiten
Reihe: Polish Classics
ISBN: 978-87-26-09047-5
Verlag: Saga Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Henryk Sienkiewicz (1846-1916) - polski nowelista, powie?ciopisarz i publicysta. By? jednym z najpopularniejszych polskich pisarzy prze?omu XIX i XX wieku. W 1905 roku otrzyma? Nagrod? Nobla w dziedzinie literatury za ca?okszta?t twórczo?ci. Jako felietonista warszawski zas?yn?? pod pseudonimem Litwos, publikuj?c swoje utwory w 'Gazecie Polskiej'. Wiele podró?owa?. Pracowa? jako korespondent w Ameryce Pó?nocnej. Debiutowa? w 1872 r. powie?ci? wspó?czesn? 'Na marne' oraz tendencyjnymi nowelami 'Humoreski z teki Worszy??y'. S?aw? przynios?y mu powie?ci historyczne. Jego najwa?niejsze dzie?a to nowele: 'Za chlebem', 'Janko Muzykant', 'Latarnik'; powie?ci: 'Trylogia' ('Ogniem i mieczem', 'Potop', 'Pan Wo?odyjowski', 'Quo vadis', 'Krzy?acy' oraz 'W pustyni i w puszczy'.
Autoren/Hrsg.
Weitere Infos & Material
Rozdzial I
— Wiesz, Nel — mówil Stas Tarkowski do swojej przyjaciólki, malej Angielki — wczoraj przyszli zabtie (policjanci) i aresztowali zone dozorcy Smaina i jej troje dzieci — te Fatme, która juz kilka razy przychodzila do biura do twojego ojca i do mego.
A mala, podobna do slicznego obrazka Nel podniosla swe zielonawe oczy na Stasia i zapytala na wpól ze zdziwieniem, a na wpól ze strachem:
— Wzieli ja do wiezienia?
— Nie, ale nie pozwolili jej wyjechac do Sudanu i przyjechal urzednik, który jej bedzie pilnowal, by ani krokiem nie wyruszyla z Port-Saidu1.
— Dlaczego?
Stas, który konczyl rok czternasty i który swa osmioletnia towarzyszke kochal bardzo, ale uwazal za zupelne dziecko, rzekl z mina wielce zarozumiala:
— Jak dojdziesz do mego wieku, to bedziesz wiedziala wszystko, co sie dzieje nie tylko wzdluz kanalu, od Port-Saidu do Suezu2, ale i w calym Egipcie. Czy ty nic nie slyszalas o Mahdim?
— Slyszalam, ze jest brzydki i niegrzeczny.
Chlopiec usmiechnal sie z politowaniem.
— Czy jest brzydki — nie wiem. Sudanczycy utrzymuja, ze jest piekny. Ale powiedziec, ze jest niegrzeczny, o czlowieku, który wymordowal juz tylu ludzi, moze tylko dziewczynka osmioletnia, w sukience, ot! takiej — do kolan!
— Tatus mi tak powiedzial, a tatus wie najlepiej.
— Powiedzial ci tak dlatego, ze inaczej bys nie zrozumiala. Do mnie by sie tak nie wyrazil. Mahdi jest gorszy niz cale stado krokodyli. Rozumiesz? Dobre mi powiedzenie: „niegrzeczny”, tak sie mówi do niemowlat.
Lecz ujrzawszy zachmurzona twarz dziewczynki umilkl, a potem rzekl:
— Nel! wiesz, ze nie chcialem ci zrobic przykrosci; przyjdzie czas, ze i ty bedziesz miala czternasty rok. Obiecuje ci to na pewno.
— Aha! — odpowiedziala z zatroskanym wejrzeniem — a jezeli Mahdi wpadnie przedtem do Port-Saidu i mnie zje?
— Mahdi nie jest ludozerca, wiec ludzi nie zjada, tylko ich morduje. Do Port-Saidu tez nie wpadnie, a gdyby nawet wpadl i chcial cie zabic, pierwej mialby ze mna do czynienia.
Oswiadczenie to oraz swist, z jakim Stas wciagnal nosem powietrze, nie zapowiadajacy nic dobrego dla Mahdiego, uspokoily znacznie Nel co do wlasnej osoby.
— Wiem — odrzekla. — Ty bys mnie nie dal. Ale dlaczego nie puszczaja Fatmy z Port-Saidu?
— Bo Fatma jest cioteczna siostra Mahdiego. Maz jej, Smain, oswiadczyl rzadowi egipskiemu w Kairze, ze pojedzie do Sudanu, gdzie przebywa Mahdi, i wyrobi wolnosc dla wszystkich Europejczyków, którzy wpadli w jego rece.
— To Smain jest dobry?
— Czekaj. Twój i mój tatus, którzy znali doskonale Smaina, nie mieli wcale do niego zaufania i ostrzegali Nubara Pasze, by mu nie ufal. Ale rzad zgodzil sie wyslac Smaina i Smain bawi od pól roku u Mahdiego. Jency jednak nie tylko nie wrócili, ale przyszla z Chartumu3 wiadomosc, ze mahdysci obchodza sie z nimi coraz okrutniej, a ze Smain, nabrawszy od rzadu pieniedzy, zdradzil. Przystal calkiem do Mahdiego i zostal mianowany emirem4. Ludzie powiadaja, ze w tej okropnej bitwie, w której polegl jeneral Hicks, Smain dowodzil artyleria Mahdiego i on to podobno nauczyl mahdystów obchodzic sie z armatami, czego przedtem, jako dzicy ludzie, wcale nie umieli. Ale Smainowi chodzi teraz o to, by wydostac z Egiptu zone i dzieci, totez gdy Fatma, która widocznie z góry wiedziala, co zrobi Smain, chciala cichaczem wyjechac z Port-Saidu, rzad aresztowal ja teraz razem z dziecmi.
— A co rzadowi przyjdzie z Fatmy i jej dzieci?
— Rzad powie Mahdiemu: „Oddaj nam jenców, a my oddamy ci Fatme…”
Na razie rozmowa urwala sie, albowiem uwage Stasia zwrócily ptaki lecace od strony Echtum om Farag ku jezioru Menzaleh. Lecialy one dosc nisko i w przezroczystym powietrzu widac bylo wyraznie kilka pelikanów z zagietymi na grzbiety szyjami, poruszajacych z wolna ogromnymi skrzydlami. Stas poczal zaraz nasladowac ich lot, wiec zadarl glowe i biegl przez kilkanascie kroków grobla5, machajac rozlozonymi rekoma.
— Patrz, leca i czerwonaki6 — zawolala nagle Nel.
Stas zatrzymal sie w jednej chwili, gdyz istotnie za pelikanami, ale nieco wyzej, widac bylo zawieszone na blekicie jakby dwa wielkie, rózowe i purpurowe kwiaty.
— Czerwonaki! Czerwonaki!
— One wracaja pod wieczór do swoich siedzib na wysepkach — rzekl chlopiec. — Ach, gdybym mial strzelbe!
— Po cóz bys mial do nich strzelac?
— Kobiety takich rzeczy nie rozumieja. Ale pójdzmy dalej, moze zobaczymy ich wiecej.
To powiedziawszy wzial dziewczynke za reke i poszli ku pierwszej za Port-Saidem kanalowej przystani, za nimi zas nadazala Murzynka Dinah, niegdys piastunka malej Nel. Szli walem oddzielajacym wody jeziora Menzaleh od kanalu, przez który przeplywal w tej chwili, prowadzony przez pilota, duzy parowiec angielski. Zblizal sie wieczór. Slonce stalo jeszcze dosc wysoko, ale przetoczylo sie juz na strone jeziora. Slonawe jego wody poczynaly lsnic zlotem i drgac odblaskami pawich piór. Po arabskim brzegu ciagnela sie, jak okiem siegnac, plowa piaszczysta pustynia — glucha, zlowroga, martwa. Miedzy szklanym, jakby obumarlym niebem a bezmiarem pomarszczonych piasków nie bylo sladu zywej istoty. Podczas gdy na kanale wrzalo zycie, krecily sie lodzie, rozlegaly sie swisty parowców, a nad Menzaleh migotaly w sloncu stada mew i dzikich kaczek — tam, na arabskim brzegu, byla jakby kraina smierci. Tylko w miare jak slonce znizajac sie stawalo sie coraz czerwiensze, piaski poczely przybierac barwe liliowa, taka, jaka jesienia maja wrzosy w polskich lasach.
Dzieci idac ku przystani ujrzaly jeszcze kilka czerwonaków, do których smialy sie ich oczy, po czym Dinah oswiadczyla, ze Nel musi wracac do domu. W Egipcie po dniach, które nawet w czasie zimy czesto bywaja upalne, nastepuja noce bardzo zimne, a ze zdrowie Nel wymagalo wielkiej ostroznosci, ojciec jej, pan Rawlison, nie pozwalal, by dziewczynka znajdowala sie po zachodzie slonca nad woda. Zawrócili wiec ku miastu, na którego krancu stala w poblizu kanalu willa pana Rawlisona — i w chwili gdy slonce zanurzylo sie w morzu, znalezli sie pod dachem. Niebawem przybyl tez zaproszony na obiad inzynier Tarkowski, ojciec Stasia — i cale towarzystwo, wraz z Francuzka, nauczycielka Nel, pania Olivier, zasiadlo do stolu.
Pan Rawlison, jeden z dyrektorów kompanii Kanalu Sueskiego, i Wladyslaw Tarkowski, starszy inzynier tejze kompanii, zyli od wielu lat w najscislejszej przyjazni. Obaj byli wdowcami, ale pani Tarkowska, rodem Francuzka, zmarla z chwila przyjscia na swiat Stasia, to jest przed laty przeszlo trzynastu, matka zas Nel zgasla na suchoty w Heluanie, gdy dziewczynka miala lat trzy. Obaj wdowcy mieszkali w sasiednich domach w Port-Saidzie i z powodu swych zajec widywali sie codziennie. Wspólne nieszczescie zblizylo ich jeszcze bardziej do siebie i umocnilo zawarta poprzednio przyjazn. Pan Rawlison pokochal Stasia jak wlasnego syna, a zas pan Tarkowski bylby skoczyl w ogien i wode za mala Nel. Po ukonczeniu dziennych prac najmilszym dla nich odpoczynkiem byla rozmowa o dzieciach, ich wychowaniu i przyszlosci. Podczas podobnych rozmów najczesciej bywalo tak, ze pan Rawlison wychwalal zdolnosci, energie i dzielnosc Stasia, a pan Tarkowski unosil sie nad slodycza i anielska twarzyczka Nel. I jedno, i drugie bylo prawda. Stas byl troche zarozumialy i troche chelpliwy, ale uczyl sie doskonale, i nauczyciele szkoly angielskiej, do której chodzil w Port-Saidzie przyznawali mu istotnie niezwykle zdolnosci. Co do odwagi i zaradnosci, odziedziczyl ja po ojcu, albowiem pan Tarkowski posiadal te przymioty w wysokim stopniu i w znacznej czesci im wlasnie zawdzieczal obecne swe wysokie stanowisko. W roku 1863 bil sie bez wytchnienia w ciagu jedenastu miesiecy. Nastepnie ranny, wziety do niewoli i skazany na Sybir, uciekl z glebi Rosji i przedostal sie za granice. Byl juz przed pójsciem do powstania skonczonym inzynierem, jednakze rok jeszcze poswiecil na studia hydrauliczne, a nastepnie otrzymal posade przy kanale i w ciagu kilku lat — gdy poznano jego znajomosc rzeczy, energie i pracowitosc — zajal wysokie stanowisko starszego inzyniera.
Stas urodzil sie, wychowal i doszedl do czternastego roku zycia w Port-Saidzie, nad kanalem, wskutek czego inzynierowie, koledzy ojca, nazywali go „dzieckiem pustyni”. Pózniej, bedac juz w szkole, towarzyszyl czasem ojcu lub panu Rawlisonowi, w czasie wakacji i swiat, w wycieczkach, jakie z obowiazku musieli czynic od Port-Saidu az do Suezu, dla rewizji robót przy wale i przy poglebianiu lozyska kanalu. Znal wszystkich — zarówno inzynierów i urzedników komory, jak i robotników, Arabów i Murzynów. Krecil i wkrecal sie wszedzie, wyrastal, gdzie go nie posiali, robil dlugie wycieczki walem, jezdzil lódka po Menzaleh i zapuszczal sie nieraz dosc daleko. Przeprawial sie na brzeg arabski i dorwawszy sie do czyjego badz konia, a w braku konia — do wielblada, a nawet i osla, udawal farysa w pustyni, slowem, jak sie wyrazal pan Tarkowski, „bobrowal” wszedzie i kazda wolna od nauki chwile spedzal nad woda.
Ojciec nie sprzeciwial sie temu wiedzac, ze wioslowanie, konna jazda i ciagle zycie na swiezym powietrzu wzmacnia zdrowie chlopca i rozwija w...




